Nie zwalniając tempa, dwa dni po ostatnim egzaminie, wraz z Mamą wsiadłam w samolot i poleciałyśmy do Iralndii. Dokładnie 25 czerwca. Mój pierwszy lot! Co za przeżycie. Choć to i tak nic w porównaniu z podróżami po zielonej wyspie. W dzisiejszym wpisie zamieszczam 100 zdjęć, a to dopiero pierwszy post z zaplanowanych trzech. Tyle pięknych miejsc mam Wam do pokazania…
Na powyższym zdjęciu uchwyciłam moment, w którym dosłownie wlatywaliśmy na wsypę. Coś cudownego. Poniżej jeszcze zdjęcie kilkaset (?) metrów wyżej.

Pierwszy dzień spędziłyśmy w Mallow. Ale moment… pewnie nie wiecie gdzie to dokładnie? Mała ściągawka:

 

Jest to fragment mapy, przedstawiający samo południe Irlandii. Ale, coby nie zgubić wątku, Mallow to miasto z uroczym centrum. Ogólnie w tym kraju miasteczka mają choćby jedną główną ulicę, stanowiącą centrum, wokół której ustawiony jest szereg kolorowych budynków. Wszystkie w podobnym stylu i wszystkie bardzo radosne.
Centrum Mallow nie uwieczniłam na zdęciach, ale mam kilka kadrów z pozostałej części miasta.

 

 

 

 

Jako, że trwały mistrzostwa Euro, można było zobaczyć wiele wywieszonych flag, a wśród nich znalazła się i Polska!
Od następnego dnia, naszym tymczasowym miejscem zamieszkania zostaje Macroom. Chodźmy trochę pozwiedzać. Wychodząc z domu, nasze oczy cieszy taki oto widok:
Schodzimy w dół, do centrum…
Na samym środku jest parking. A obok, z jednej strony ratusz, a z drugiej zamek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kolejny polski akcent 🙂

Powyżej: Full Irish Breakfast. Sama nie dałam mu rady. Zjadłyśmy na pół z mamą.
A w temacie jedzenia, mam jeszcze uwiecznione moje urodzinowe słodkości!

 

 

 

Tak się złożyło, że swoje 21. urodziny miałam przyjemność świętować jeszcze w Macroom. Dwa dni później wracałam już do Polski.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powyższe zdjęcia to mix z dwóch różnych dni. Na długie spacery po górkach najlepsze są dresy! Sprawdziłam na sobie. Polecam. Marlena Gawełda.
Pozostając w klimacie wędrówek… zobaczymy jak wygląda reszta okolicy.

 

Klasyczny widok w Irlandii. Brakuje jeszcze baranów i kóz.

 

 

Carrigadrohid lake.

 

 

 

 

 

 

 

Zielona ta Irlandia, prawda? Ale to nic dziwnego, skoro jednego dnia doświadczyć można potężnej ulewy i mocnego słońca – „One day four seasons”.
Na sam koniec wstąpmy jeszcze do prawdziwego irlandzkiego pubu na piwo. Jest to miejsce z tradycjami, prowadzone od pięciu pokoleń!

 

 

Wiecie co… na zdjęciach wygląda lepiej, niż w rzeczywistości. W Polsce by to nie przeszło przez sanepid.
Macie jeszcze siłę na kolejne miasto? Jedziemy zobaczyć Cork!
Jednego dnia, podjechaliśmy z rodzicami do Wilton Shopping Center na pierwsze zakupy primarkowe. W Irlandii sklep nosi pierwotną nazwę Penneys.

 

 

 

Chyba nie macie wątpliwości, że były udane? 🙂
Innego dnia wybraliśmy się już na zwiedzanie.

 

St. Patrick’s Bridge.

 

 

 

Główna ulica w centrum miasta – St. Patrick’s Street. Charakteryzuje się ona wysokimi, nachylonymi lampami, ustawionymi wzdłuż po obu stronach.

 

 

 

 

 

W sklepach muuultum pamiątek! Ja jednak wybieram skromne pocztówki.
Prostopadłe do głównej uliczki też mają swój klimat.
Przechadzając się, wchodzimy do English Market.

 

 

 

 

Kupimy tam wszystko! I to w niepowtarzalnej atmosferze.
Teraz idziemy w kierunku katedry św. Finbara.

 

 

 

 

 

 

 

Co za widok! Jest przepiękna, robi wrażenie.

 

 

 

 

Kierujemy się z powrotem do głównej ulicy.
Moim oczom nie umknął kolejny sklep Penneys. Wchodzimy na chwilkę.

 

 

Uff, koniec części pierwszej! Kto wytrwał do końca?