Kilka dni temu, pierwszy raz w życiu, przyszedł mi na maila PIT od pracodawcy. I jest to w sumie normalna sprawa,  ale gdy się mu bliżej przyjrzałam, coś lekko mnie zadziwiło. Mam na myśli wysokość mojego dochodu. Jak to możliwe, że tyle zarobiłam, skoro obecnie mam puste konto? Myślę, że nie tylko ja w ten sposób zareagowałam na widok tych cyferek. Zaczęłam się zastanawiać, kiedy i na co przeznaczyłam pieniądze. Oczywiście z połową wiedziałam co się stało – wydałam je z pewnością na ubrania (skoro pracowałam w sklepie z odzieżą…). Ale reszta?
Właściwie to jednak wiem. Wakacje, jedzenie i inne pierdoły. Szczerze mówiąc, odkąd dostałam pierwszą wypłatę (tj. w czerwcu) nie odmawiałam sobie żadnych przyjemności, spełniania zachcianek. Wcześniej nie miałam w posiadaniu takich pieniędzy do użytku własnego (nie mam tu na myśli nie wiadomo jakich sum, pracowałam na pół etatu). Dodatkowo muszę wspomnieć, że mieszkam z rodzicami, którzy mnie utrzymują, więc nie mam do płacenia żadnych rachunków itp. Zaczęło się dla mnie życie jak w Madrycie, powiedzmy.
Nie kontrolowałam na bieżąco na co wydaję pieniądze, co więcej, sprawiało mi radość, że je wydaję. Czułam się szczęśliwa, że mogę sobie „na wszystko” pozwolić i nie muszę się martwić, bo za miesiąc znowu przyjdzie wypłata. I tak całe pół roku. Piękne pół roku, wydawać by się mogło. Jednak, jak to z pracą bywa, nie zawsze jest przyjemna. A gdy się studiuje  + chodzi do szkoły weekendowej = praktycznie nie ma czasu wolnego = przemęczenie. Dlatego też z pracy zrezygnowałam.
Teraz nie patrzę już na czterocyfrowe liczby na koncie (jak to bywało w dobrych momentach), a jedynie na dwucyfrową kwotę. I przypatrując się tak jej, myślę sobie dlaczego ja w ogóle nie oszczędzałam? Przecież gdybym odkładała połowę, albo chociaż 1/4 z każdej wypłaty to mogłabym mieć np. nowy telefon, albo chociaż środki na teraz, kiedy pieniądze już nie wpływają. Ale szczerze, mimo wszystko, nie żałuję. W końcu, kiedy jak nie teraz? Za kilka lat, kiedy skończę studia, znajdę normalną pracę i się usamodzielnię, nie będę mogła tak beztrosko podchodzić do wydatków. Z pewnością będę na bieżąco monitorować, na co przeznaczam swoje zarobki.
Ostatnio natknęłam się na bloga Michała Szafrańskiego „Jak oszczędzać pieniądze”, gdzie znalazłam dużo przydatnych informacji i świetnie zaprojektowaną tabelę do Excela, która pomoże zapanować nad własnym budżetem. Na pewno do niej wrócę, gdy zajdzie już u mnie taka potrzeba. Póki co, spoglądam na wszystkie materialne rzeczy, które nabyłam w ciągu ostatnich 7 miesięcy i czuję taką dumę (z przymrużeniem oka), że sama sobie na to zapracowałam. Wspominam też wszystkie pozostałe wydatki i stwierdzam, niestety, ale pieniądze również dają szczęście (co nie oznacza, że teraz nie jestem szczęśliwa – bo jestem, i to może nawet bardziej).  Mam na myśli oczywiście nie same banknoty, czy kolejne zera na koncie, ale to, co możemy za nie nabyć, doświadczyć, sprawić radość innym. Bo niesamowicie ważne jest, by umieć się cieszyć z dawania. Należy pamiętać, że karma wraca. I to z potrójną siłą.
Teraz robię sobie trochę wolnego, muszę się skupić na studiach (które nieco ucierpiały przez tę przygodę z pracą), szlifować swoje umiejętności w grafice, czytać dużo książek (bo na to mi brakowało czasu) oraz wrócić do ćwiczeń (bo na nie zwykle nie miałam siły po pracy, która bądź co bądź, była fizyczna). Nadszedł czas, by skupić się na SOBIE, a także bardziej przyłożyć się do bloga. Ponadto chcę zgłębić wiedzę z zakresu podświadomości i wewnętrznej równowagi, ponieważ bardzo mnie to w ostatnim czasie interesuje.
Wiem, że niektórzy muszą pracować, bo przykładowo przeprowadzają się z domu rodzinnego do innego miasta, gdzie chodzą na uczelnię i muszą się też utrzymać. Wiem, że dla takich osób mój wpis będzie wyolbrzymieniem. Jednak w momencie, gdy nie tylko chcę studiować, ale i uczęszczać do szkoły w weekendy oraz prowadzić bloga, czasu na pracę po prostu nie ma. Zawsze na czymś się to musi odbić. U mnie najbardziej ucierpiał blog, jako, że w tej hierarchii okazał się być na najniższym poziomie.  Poza tym, zależy też jak wyglądają nasze studia, ale u mnie nie ma łatwo.
Myślę, że jak odetchnę trochę po skończonej właśnie sesji, zacznę wystawiać rzeczy na allegro (mam w tym wielkie zaległości), a gdy skończę Szkołę Grafiki – znajdę sobie dodatkowe zajęcie. Chociaż w wakacje czekają mnie jeszcze praktyki.
Jak widzicie, bardzo refleksyjny post mi dzisiaj wyszedł. Nie miałam w planach takiego, ale natchnęła mnie wena. Postanowiłam zatem, że dla odmiany podzielę się z Wami moimi myślami. Ciekawa jestem, czy to przeczytacie i jak to odbierzecie.